img

Wyspy archipelagu Filipińskiego – relacja z pobytu

Nieważne czy Filipiny kojarzą się z niesamowitym krajem wyspiarskim, skupiającym setki wysp o tropikalnym klimacie, czy może raczej z akcją gry Crysis. Jest to miejsce, które często pojawia się na turystycznych radarach podróżników. Czasami rezygnuje się z nich dla miejsc pobliskich jak Indonezja.

Będąc zapalonym odkrywcą tropików, smakoszem świeżych owoców morza i miłośnikiem krystalicznej turkusowej wody, zdecydowałem się na wycieczkę z bogatej oferty serwisu planetescape.pl. W jej ramach miałem zwiedzić wiele miejsc ulokowanych w tym kraju, a gęste dżungle sąsiadujące z białym piaskiem i czystą wodą miały być moją codziennością przez dwa tygodnie.

Perła Orientu
Pod taką nazwą znana jest Manila, sama stolica Filipin. Długi lot wynagrodziły mi szybko widoki, jakie to miasto dostarcza. Jest ono barwne i na swój sposób szalone, ale nie głośne, a raczej żywe. Taka szczera odmiana zadziwia. Wiele miast na świecie kojarzyłoby się takimi określeniami pewnie z brudem czy tłokiem. Manila to miasto kolorowe, można się tu łatwo zgubić, ale osobom które zechcą poznać to miejsce, pisana jest miłość do tej metropolii.

Chcesz wiedzieć więcej? Kliknij|! --->  http://planetescape.pl/oferty/#kraj/0/termin/0/typ/5/sort/asc 

Dwa dni minęły tu błyskawicznie. Smak orientalnej kuchni jaki tu znalazłem, był specyficzny. Mówi się, że kuchnia filipińska nie jest zachęcająca. Tymczasem uliczne jedzenie było zaskakujące, mieszające wiele przypraw, których nie potrafię nazwać. Były tu też wymysły pokroju bananowego ketchupu, który cudownie uzupełniał smak mięs i mam nadzieję sprawić sobie namiastkę czegoś takiego w mojej kuchni. Podróże jednak kształcą.

Witamy w raju… znaczy na Mindoro
Mindoro to wyspa, na którą zabrał mnie z miasta prom. Już samo przybycie do tego miejsca w towarzystwie orzeźwiających napoi i przyjemnego wiatru był przyjemnym odczuciem, ale dopiero na miejscu zaczęło się robić bajecznie.

Na wyspie wszędzie trzeba chodzić. Dla osoby uwielbiającej spacery było to miejsce idealne. Na co dzień mogę marzyć o spokoju i względnej czystości w parku miejskim. Tutaj spacerowałem przez piękne trasy wiodące przez zieloną dżunglę. Zdarzyło mi się nawet wracać do hotelu pewnej nocy, tylko po to by pokonać tę trasę raz jeszcze, w tę i z powrotem. Najprostsze rzeczy były tu zwyczajnie niesamowite.

Sama wyspa to pełna profesjonalność kurortu turystycznego. Można tu cieszyć się w spokoju naturą lub korzystać z dobrodziejstw hotelu. Można zacząć dzień od nurkowania by wieczorem bawić się i zajadać owocami z grilla. Pełna swoboda i szczerość tego miejsca rozkłada na łopatki. Można tu wysłać z czystym sumieniem rodzinnego pracoholika czy innego awanturnika dnia codziennego. Nie wytrzyma i wreszcie się odpręży. Tu się nie da, nie zapomnieć o świecie na jakim żyjemy.

Niczym z pocztówki
Boracay było przedostatnim przystankiem poznawania Filipin. Na tym etapie trudno było sobie uświadomić czy zasadniczo nie jest się w ogóle na powierzchni fikcyjnej planety. Odległy horyzont, woda podmywająca delikatnie plaże i te wszędobylskie palmy. Kolejne gęstwiny dżungli do przemierzania. Wreszcie bogata oferta atrakcji hotelowych.

Morze Sulu jest przepiękne i w jego ciepłych, przyjemnych objęciach szkoda było myśleć o nieuchronnym powrocie. Zwłaszcza, że to wszystko działo się, gdy w Europie panował chłód i deszcze.

Mnogość barów i ośrodków nie przeszkadza tu szczególnie w delektowaniu się tropikami. W trakcie tego tygodnia można było tu również skorzystać z kursów, przykładowo masażu, czy kitesurfingu.

Pozostaje też kwestia zachodów słońca, które przyrodę wyspy zaczynały również czas szalonych imprez na plaży, niczym z filmów.

Pożegnanie z rajem
Niestety na wszystko co dobre musiał przyjść i koniec, chociaż ten nie był wcale taki zły. Powrót do Manili oznaczał wszak jeszcze jedną szaloną noc w stolicy Filipin, gdzie do późnej pory mogłem się cieszyć tym cudownym miastem i jego niepowtarzalnym klimatem. Chociaż obie wyspy obfitowały w świeże jedzenie, którego jak wspominałem, jestem fanem, to urzekające jedzenie uliczne jest zwycięzcą tej podróży. Raz jeszcze ketchup był bananowy, mięso doprawiałem cukrem, a torbę wypełniłem pamiątkami. Może nie są one tak urzekające jak niektóre rękodzieła, jakie można znaleźć w innych krajach, ale mają swój urok osobisty. To tak jak Filipiny. Niby znane, niby każdy słyszał, ale dopiero gdy na własne oczy zobaczysz widoki rodem z witryn agencji turystycznych, to wiesz jedno. Nie oddają grama sprawiedliwości temu co kryje się tu w rzeczywistości.

Zobacz również